niedziela, 30 kwietnia 2017

Ostatni skarb z Wielkiej Paki

Gdyby nabytek, ktory opiszę w dzisiejszej notce, trafił do mnie rok temu, bez skrupułów posłałabym go w świat. Wierność moim zasadom na początku kolekcjonowania była ważniejsza niż wzbogacenie się o kolejną lalkę. Jednak pewnego dnia przybył do mojego domu Ken z Mod Ery. 



Co począć z tym fantem? - zastanawiałam się. Z jednej strony "Kenowie" nigdy nie budzili mojego zainteresowania, a wręcz nie chciałam ich w kolekcji, a z drugiej.... To przecież nie był byle jaki facet, a "vintage" - z wrootowanymi włosami i rzadkim moldem.... "Dobra, narazie go umyję,  uczeszę, a potem się zobaczy. "
Został. Była to historia z cyklu "kobieta, która dla mężczyzny sprzeniewierzyła się swoim zasadom". W moim przypadku facet był winylowy ale jednak. Oj nisko upadłam.... 

A teraz na poważnie. O Kenie wspominałam ostatnim razem, opisując Super Linne. Prawdą jest, że moja żenująca wiedza o męskich przedstawicielach świata Mattela, nie tylko uniemożliwiła mi identyfikację po aukcyjnym zdjęciu, ale wręcz kazała mi myśleć, że ów Ken to klon, nawet po jego przybyciu do mojego domu. Dlatego o mało z butów nie wyskoczyłam na widok sygnatury tego pana:



Po zawartości Wielkiej Paki szybko domyśliłam się, że Ken podobnie, jak Super Linna i ubranka, musi pochodzić z lat 70-tych. Cały zakupiony przeze mnie asortyment wyglądał więc na zbiór zabawek dwóch pokoleń: znajdowały się tam lalki z lat 70-tych i okresu około roku 2000. Być może dziecko dostało lalki po mamie lub sporo starszej siostrze? 

Wracając do Kena: nie pamiętam w co dokładnie ubrany był w momencie otwarcia paczki ale raczej nie był to ów beżowy, bawełniany zestaw, który później okazał się być jego oryginalnym strojem. Zachowały się również buty, a nawet niebieska apaszka (którą w sumie chciałam wyrzucić,  bo myślałam, że to nic więcej, jak skrawek materiału). Po umyciu, układaniu fryzury (bez rezultatu) i odzianiu, mój przystojniak prezentuje się tak:



Czyż nie jest jak nowy? Początkowo myślałam, że jego włosy są zniszczone, jednak teraz wiem, że mogło być znacznie gorzej:



Dodam jeszcze, że włókno, z którego zrobione są włosy, nie jest ani saranem, ani kanekalonem, a co za tym idzie, terapia wrzątkiem nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Podobne tworzywo ma na głowie Super Linna oraz niektóre lalki Vintage z lat 60-tych. Podejrzewam, że jest to nylon, a ten jest prawie całkowicie odporny na temperatury, jakie możemy osiągnąć w domowych warunkach przy pomocy czajnika, czy kuchenki. 

Zostawmy jednak włosy i przejdźmy nieco niżej, a mianowicie do twarzy. Mold ten zwany "Mod Hair Face/Mold" został wypuszczony w 1972 roku i nie przylgnął do wizerunku Kena, tak jak inne twarze. Może dlatego, ja - laik w tym temacie nie skojarzyłam tego Pana na pierwszy rzut oka. Tak naprawdę pojawiło się tylko kilka modeli z tymi rysami twarzy, na dodatek, o czym zresztą informuje nas sama nazwa moldu, wszystkie z wszytymi,  "prawdziwymi" włosami. Nie zapominajmy bowiem, że mówimy o Mod Erze, czyli okresie, w którym Barbie została obdarowana rootowanymi rzęsami (swoją drogą dobrze,  że pierwotnie Ken miał wmoldowane włosy, bo gdyby było inaczej, to Mattel na fali obdarowywania lalek dodatkowym owłosieniem musiałby chyba i Kenowi doprawić zalotne rzęsy... :D ). 
Skoro już jesteśmy przy temacie Barbie...



Na powyższym zdjęciu promocyjnym możemy zobaczyć Now Look Kena w towarzystwie uroczej damy - Deluxe Quick Curl Barbie. Wynika z powyższego, iż oboje zostali stworzeni w ramach jednej serii, choć pod różnymi nazwami. Taka sytuacja, kiedy to Ken dostał inną nazwę na pudełku, będzie miała miejsce jeszcze kilka razy. Cóż... Ken to w końcu mężczyzna i nie może, a nawet nie powinien nadążać za wszystkimi ideami, jakie uosabia Barbie. Tak jak w tym przypadku: Ken nie posiada loków, więc nazwa "Quick Curl" nie byłaby adekwatna.... 

Niestety nie posiadam w swojej kolekcji zbyt wielu rówieśniczek dla Now Look Kena, a już na pewno nie ma wśród nich jego pełnoprawnej partnerki - DQC Barbie, ale....

Znalazła się inna przedstawicielka moldu TnT - Ballerina Barbie 1976...
Więc przedstawiłam przystojnemu btunetowi lalkę, która jest "mu pisana". 
"Od dziś Kenie z Mod Ery koło tej Baśki będziesz stał na regale w szafie i ZAPOMNIJ o pozostałych winylowych pięknościach, bowiem żadna nie pasuje do Ciebie headmoldem, jak TA. " - oznajmiłam koleżce zaraz po przybyciu, niczym wychowawczyni na pensji dla dziewcząt. 
Ken potaknął powoli głową, jakby dopiero analizował, co to oznacza i jaka przyszłość czeka go w tym nowym miejscu. 
Pełen entuzjazm okazała za to Barbie, której to przypadł przecież jedyny Ken w kolekcji, niczym los wygrany na loterii...


- Mój Ci on!



Nie trwało długo szczęście Barbary... ponieważ Ken,  który mając do dyspozycji ponad setkę potencjalnych "przyjaciółek", od początku nie zamierzał ograniczać się do jednej. Aranżowany związek był mu tylko kulą u nogi...
Gwoździem do trumny było pojawienie się Super Linny, z którą przybyli w jednej paczce. Jak dobrze się znają i co razem przeżyli, wiedzą tylko oni ale jedno jest pewne... 



Ta lalka nie jest Kenowi obojętna..

- Kochanie, wszystko w porządku? Kim jest ta kobieta? Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył... 

Dalej sprawy potoczyły się już błyskawicznie.  Super Linna mająca naturę famme fatale nie potrafiła przejść obojętnie obok dawniej wzgardzonego adoratora, który znalazłszy się w centrum zainteresowania tylu kobiet, zyskał na atrakcyjności. Lubiąca przysłowiowe gierki Linna, postanowiła udowodnić reszcie lalek od Mattel, że ona choć nazywają ją klonem, jest najlepszą partią dla mężczyzny. 
A że faceci podobno kochają zołzy, to namieszanie Kenowi w głowie zajęło naszej uwodzicielce niespełna 10 sekund.



Ken poleciał w objęcia Linny, niczym ćma do światła, pozostawiając biedną Barbie ze złamanym  sercem...




Tego się właśnie obawiałam, zatrzymując Kena w zbiorze.... że swą obecnością namiesza w moim, małym, żeńskim społeczenstwie i skłóci moje lalki ze sobą... 


Ken nieświadomy prawdziwych intencji swej wybranki, zmienił dla niej nawet stylizację... Czego się nie robi, by przypodobać się kobiecie?


Narazie oboje wyglądają na szczęśliwych, nosząc podobne, modne stroje lat 70-tych....
Ale nie wiemy jak długo potrwa ta "miłość"...
Zostawmy jednak na chwilę tę miłosną historię i skupmy się na sprawach bardziej przyziemnych. Na przykład na kwestii wspomnianej stylizacji Kena:
Zdjęcie z Google.com
Best Buy Fashions #2241 z roku 1978. Szkoda, że nie zachowało się obuwie, bo bardzo mi się podoba. Myślę jednak, że dałoby się coś podobnego odtworzyć. :)

Kilka słów na temat mojego wrażenia na temat Kena (jako, że jest to mój pierwszy Pan w kolekcji). Hmm... przyzwyczajona do damskich lalek początkowo podśmiechiwałam się z fizjologii Kena - z rąk, jak "łopaty", małej, śmieszniej główki i wyrazy twarzy, przypominającej... pluszowego pajaca? 
Z czasem jednak polubiłam chłopaka, dostrzegając w nim przebłysk uroku lat 70-tych. 




Lalek ten jest o tyle dla mnie ważny, że wpraszając się do mojego zbioru, przetarł szlaki innym Kenom i mężczyznom Mattela. Dziś już wiem, że gdy pojawią się następni, nie wygonię za drzwi ;). 
To tyle na dziś,
Pozdrawiam serdecznie
N. 

piątek, 21 kwietnia 2017

Wielka Paka - gwóźdź programu!

Po długiej przerwie witam wszystkich w przedostatnim z pośród wpisów, opowiadających o moim największym lalkowym zakupie, czyli Wielkiej Pace. Dziś kolejna i niestety ostatnia już lalka z tej licznej gromady. Celowo umieściłam ją na końcu zestawienia, ponieważ jest ona niewątpliwie najciekawszą lalką nie tylko z tej paczki ale i chyba na całym blogu! Myślę, że jej tożsamość wprawi Was w osłupienie!
Musicie też wiedzieć, że kupiłam ją w ciemno. Jej obecność na niewyraźnym, aukcyjnym zdjęciu przesądziła o zakupie, a to tylko dlatego, że przypominała mi dwie kultowe lalki Vintage!
(Niestety nie mam tego zdjęcia, ale postaram się opisać je jak najlepiej.)
 Część lalek widocznych na pierwszym i drugim planie rozpoznałam błyskawicznie, głównie po ubrankach (Pup Stylin' Barbie, Chic Barbie) i kolorze włosów (Hip To Be Square Barbie brunette, Happy Family Midge). Pośród lalkowych panien leżał również jakiś, wyglądający na klona Ken, którego z góry skazałam na banicję, w myśl zasady, że "Kenów nie zbieram". Było też mnóstwo innych lalek, które zidentyfikowałam wstępnie jako m.in. My Scene i Chic Barbie 2001. Ich obecność również mnie cieszyła, ponieważ mam w otoczeniu kogoś, komu mogę dać niepotrzebne lalki, sprawiając mu przy tym wiele radości.
Jednak to zagadkowa postać o ciemnej karnacji i miedzianych włosach nie dawała mi spokoju i zmusiła do wydania 25 euro na ten stos lalek.
Jako, że wyżej opisany kolor włosów jest czymś bardzo rzadkim w świecie Mattela, szczególnie w połączeniu z ciemnym kolorem winylu, moje podejrzenie padło tylko na dwie lalki.
Niestety w każdej z nich coś nie pasowało do całości...

Podejrzaną numer jeden od razu stała się dla mnie Black Francie. Jednak urocza kuzynka Barbie we wszystkich swoich wydaniach posiadała prostą grzywkę, podczas, gdy moja tajemnicza panna na zdjęciu miała prawdopodobnie przedziałek na środku. I o ile z włosami różnie bywa, mogą one zmienić swoje ułożenie, jak u Francie poniżej, gdzie grzywka rozeszła się na boki, to następnego szczegółu nie mogłam już lekceważyć. Mianowicie lalki odróżniał rodzaj stópek. W sieci nie znalazłam Francie z innymi stopami niż płaskie, a moja tajemnicza dama posiadała "ostropalczaste" nóżki jak u pierwszych lalek TnT i Superstarów. Za to kolor ust, włosów i karnacji się zgadzał. Podobnie jak ogólny zarys twarzy; w tym kształt policzków i noska! Istny mętlik w głowie...

źródło: http://i.ebayimg.com/images/g/VhwAAMXQfvlSmJKW/s-l640.jpg
Podejrzaną numer dwa mianowałam Talking Christie 1968 - tu również nie zgadzała się fryzura ale za to ciałko było jak najbardziej podobne. Również buźka z tego zamazanego zdjęcia mogła być pucołowatą twarzyczką pierwszej Christie! Niestety wszystkie one nosiły fryzurę przypominającą "bubblecut", żadna z wydań nie miała włosów za ramiona z przedziałkiem na środku...

źródło: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/1d/49/19/1d491983b8212d76e0fa7540508935fe.jpg
Mimo nieścisłości wciąż się łudziłam, że tajemnicza lalka okaże się wyrobem Mattela z dawnych lat...Moje domysły zweryfikowało dopiero przybycie lalki, której wygląd zadał mi takiego klina, że do końca dnia nie mogłam się zdecydować co z nią zrobić!

Opowiem jednak od początku...
Nastał moment, gdy do drzwi zadzwonil listonosz, a wielkie pudło wypełnione lalkami trzymałam w swoich rękach. Za chwile miało się wyjaśnić, kto jest w środku... moje serce biło szybciej. Chwilę zmagałam się z taśmą, którą owinięty był karton ale wreszcie dostałam się do wieka...
Otwieram...
Wyjmuję lalkę, za lalką. Akcesoria, buciki, ubranka, wszystko wymieszane. Nagle widzę... czerwony łebek. Ciekawość sięgnęła zenitu, wyciągam i....

Widzę twarz Steffie.
Wielka konsternacja. Nigdy nie widziałam lalki z moldem Steffie z czerwonymi włosami. Badam ją wzrokiem i zadaje na głos pytanie "kim ona jest". Mój dwuletni syn jednak milczy, chyba nie wie...

Pozostał Internet. Zanim jednak włączyłam przeglądarkę, stwierdziłam że wypadałoby rozebrać lalkę i zerknąć na jej sygnatury. Jakież było moje zdziwienie, gdy na ani na pupie, ani na plecach, ani nawet na karku nie znalazłam choćby jednej literki, czy choćby cyferki! Nic! Lalka bez bez sygnatury? Mattel wydawał wielokrotnie ubranka bez metki ale lalka?? Cichutki glosik w mojej głowie zaczął szeptac, że trafił mi się klon Barbie...
Kolejnym niuansem, który wzmogl obawy, były rączki lalki. Owszem, miały kształt charakterystyczny dla lalek Mod Ery: jedną dłoń PTS a druga PTR ale całe wykonane były z miękkiej gumy! Choć nigdy wcześniej nie miałam w ręce oryginalnego egzemplarza z tego okresu, to intuicja podpowiadała mi, że Mattel nie stosował u nich (ani i żadnych innych) patentu "gumowych rąk". W przeciwieństwie do firm produkujących klony!

Po kilku próbach ustalenia tożsamości mojej lalki znalazłam model, który do złudzenia przypominał moją tajemniczą jejmość:

Yellowstone Kelley 1974 Mattel:

źródło: https://pl.pinterest.com/pin/553379872945505175/
Nie mogłam się nadziwić podobieństwu obu lalek! Ich twarze na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie  niemal identycznych, więc dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy aby moja lalka to nie Yellowstone Kelley. Moje wątpliwości rozwiały ostatecznie zdjęcia sygnatur mattelowskiego egzemplarza oraz informacja... że na rynku istniał również jej KLON!
W ten oto sposób natrafiłam w sieci na zdjęcia lalki opisanej jako "Mod Dutch Super Linna doll Yellowstone Kelley clone htf", tym samym rozwiązując zagadkę tożsamości mojej lalki. Wiadomość ta początkowo sprawiła, że poczułam rozczarowanie. Pierwsze godziny biłam się z myślami, czy aby nie sprzedać lalki. Dopiero, gdy znalazłam na ebayu zaledwie dwa egzemplarze w bardzo wysokiej cenie, zdecydowałam, że szkoda posyłać w świat tak rzadki okaz...

Po tylu akapitach jesteście na pewno ciekawi, jak prezentuje się Super Linna więc na rozluźnienie napięcia zamieszczam zdjęcie przed metamorfozą, abyście mogli spokojnie skupić się na dalszym czytaniu:


Nie byłabym sobą bowiem, gdybym nie przedstawiła treściwie lalki, która stanowi w mojej kolekcji nowe zjawisko. W tym przypadku lalka dostała ode mnie etykietkę "pierwszego klona w kolekcji".
Napiszę więc wszystko co o niej wiem. Należałoby zacząć od tego, skąd właściwie wzięła się Super Linna. Cóż... jak już powiedzialam, jest to KLON, wzorowany na mattelowskiej Yellowstone Kelley (stąd nietypowy odcień włosów i karnacja w kolorze karmelu). Został on wyprodukowany w 1973 roku przez mało znaną , holenderska firmę "Tomfu-Nekmer". Ponieważ laleczek tych powstało naprawdę niedużo,  dziś niezwykle ciężko na nią trafić. Myślę więc, że status "very hard to find", jaki nadali jej kolekcjonerzy, w pełni jej się należy.

Wiele czasu spędziłam na porównywaniu twarzy mojej Linny do oryginalnych Streffie i doszłam do interesującego wniosku. Super Linna posiada nie podobne, a te same rysy twarzy, zatem jest ona obok mattelowskich lalek kolejną przedstawicielką moldu Steffie. Nie wiem, jak jej producentowi udało się tak doskonale skopiować tą buźkę, czy weszli oni w posiadanie matrycy, czy na podstawie oryginalnej główki mattelowskiej lalki, odtworzono mniej-więcej formę odlewniczą. Nie wiem. Jedno jest pewne, lalka JEST ŚLICZNA. Zachwyca mnie malunek twarzy, który jest największym atutem tej lali i jak dla mnie nie odbiega znacząco od oryginału. W sieci można znaleźć niestety kilka dość szpetnych wydań Super Linny, ale ja miałam to szczęście, że trafiłam na wyjątkowo udany model. Lalka na żywo stwarza wrażenie niezwykle uroczej i egzotycznej. Pozostałe lalki z lat 70-tych, które posiadam stoją na półce w jej cieniu. :)
Jedyne co nie do końca mi się w niej podoba to ciałko, które nie jest tak ładne i subtelne, jak u Mattela. Do jego produkcji wykorzystano materiały gorszej jakości, zresztą tyczy się to całej lalki, a nie tylko jej ciała. Aby w pełni ukazać różnicę, zestawiłam ją z wybraną lalką Vintage z mojej kolekcji.




Super Linna jest posiadaczką dość szerokich bioder, (nawet jak na barbiokształtną) oraz talii skrętnej pod kątem. Jej rączki są wykonane z miękkiej gumy, co utrudnia ubieranie lalki w bluzki z długim rękawem, ale daje (powiedzmy) dodatkowe możliwości artykulacyjne. Odlany z taniego plastiku korpus lalki, jest pusty w środku. Sposób montowania rąk i klatki piersiowej jest charakterystyczny dla większości podróbek.
Nogi wykonane są z gumy, zginają się aż 4 razy, osiągając pełen kąt 90 stopni. Niestety jej stopy mają defekt, który trochę mi przeszkadza, dlatego przez długi czas  Super Linna nosiła wysokie kozaki, pod którymi dziwacznie wykrzywione nogi pozostawały zakryte. Po dokładnym przyjrzeniu się, stwierdziłam, że w fabryce kogoś chyba poniosło i Super Linna dostała po prostu dwie prawe stopy....


Na powyższych zdjęciach możecie już zobaczyć Linne w nowef fryzurze, którą zrobiłam jej na wzór uczesania Barbie z Mod Ery. Lalka siedziała w papilotach równe 4 tygodnie ponieważ chciałam mieć pewność, że dziwne tworzywo ( całkowicie odporne na wrzątek ) nie rozprostuje się tuż po ich zdjęciu. Na wszelki wypadek zakupiłam najmocniejszy lakier do włosów i solidnie spryskalam loki z każdej strony. A tak lalka prezentowała się w wersji "roboczej":




Wnikliwi obserwatorzy zauważą w tle ostatniego zdjęcia znajome dla każdego miłośnika Vintage fatałaszki, które Super Linna przywiozła ze sobą.
O ich obecności nie miałam pojęcia, bo na zdjęciu nie były widoczne. Ich tożsamość początkowo była dla mnie zagadką i dopiero z czasem odkryłam, że stos kolorowych szmatek to istny skarb!

Kilka z nich zaprezentuje nasza modelka:






Wszystkie, poza koszula na ostatnim zdjęciu, są oryginalnymi wyrobami Mattela z lat 70- tych. Wszystkie reprezentują jeden styl, dość charakterystyczny dla tamtego okresu. Jednak mi marzyło się dla mojej lalki coś w duchu Mod Ery...
Odnalazłam w sieci kilka zdjęć, które idealnie prezentują moją wymarzoną garderobę :






Niestety ubranka z Mod Ery jeśli już gdzieś się pojawią, to ich cena zwykle zwala z nóg, dlatego postanowiłam uszyć coś sama....


Stworzony przeze mnie strój jest połączeniem kilku charakterystycznych "mod-erowych" elementów : futerka, kuferka w kształcie koła, kozaków i sukienki z kołnierzykiem . Choć na szycie przeznaczałam niemal każdą wolną chwilę, to i tak zeszło mi ponad miesiąc czasu... było to spowodowane przeprowadzką do innego mieszkania i mnóstwem obowiązków z tym związanych.
Najbardziej namęczyłam się robiąc torebkę i buty, których dwie pary wylądowały w koszu, ponieważ ich krój nie oddawał w pełni kształtu, jaki modny był w Mod Erze. Torebka natomiast udała się już za drugim podejściem, ponieważ wtedy to wpadłam na pomysł, by zrobić do niej tekturowa wkładkę, dzięki której zyskała ona upragniony kształt :






Brzegi i ucha torebki ozdobiłam złotym materiałem, który ciężko mi nazwać, ale przypomina on folię aluminiową tylko jest grubszy i bardziej wytrzymały. Materiał niezwykle plastyczny i miły dla oka, więc posłużył mi jako motyw spajajacy dla całej stylizacji.
Szycie kuferka było procesem żmudnym i wieloetapowym ale cieszę się, że się nie poddałam, bo efekt jest ciekawy!
Natomiast cała trudność w szyciu "mod-erowych" kozaczków tkwi w narysowaniu odpowiedniego profilu na materiale, przy czym należy dobrze oszacować szerokość: musi być ona nieco większa niż nóżka lalki oczywiście. Ponieważ bucik nie ma osobno wyciętej i doszytej podeszwy, budują go jedynie dwa, identyczne, zszyte ze sobą profile. Nie była to z mojej strony chęć ułatwienia sobie zadania, o nie... Inspirowałam się po prostu oryginalnymi bucikami, a miały one właśnie taki prosty krój. Bardzo polecam więc ten sposób tworzenia obuwia, bo nie jest skomplikowany, a efekty daje zadowalające: w łatwy sposób możemy uzupełnić deficyty odzieżowe u naszych winylowych retro-panien.


Na koniec sukienka...
Kolor bluzki starałam się dobrać do odcienia ust Super Linny,  bo nie lubię, gdy odzież gryzie się z barwami makijażu. Jasny kolor futra i skóry, z której wykonane są buty, torba i spódnica, ładnie podkreślają za to karmelową karnację lalki. Spódnica ma modny wówczas ksztalt rombu i odcięta jest od bluzki cienkim paseczkiem. Góra sukienki pozbawiona jest talii, tak jak np tu:


Ogólnie starałam się, by strój ten był wariacją kilku ubranek, które dla mnie są wizytówka stylu, jaki obowiązywał w Mod Erze.










Na powyższym zdjęciu Linna siedzi na regale mojej szafy, w której poupychane są kartony z lalkami... Niestety w nowym mieszkaniu mamy niskie sufity i panny straciły swoją miejscówke na szafie....

Na sam koniec tego i tak długiego posta,  zamieszczam porównanie dwóch moich Steffie: oryginalną i od innej firmy.


- A ja to co?? - odezwał się oburzony głos...


Zapomniałam o Barbie The Look City Shine! To przecież pierwsza Steffie w mojej kolekcji!



Niestety nie mam szczęścia do Steffek - mam tylko trzy, a to mój ukochany mold! Marzy mi się jakaś z lat 80 lub 90-tych.
To by było na tyle... tytułem podsumowania powiem tylko, że całkiem zabawnie się złożyło, że do mojej kolekcji trafił klonik, a ja choć do tej pory omijalam je szerokim łukiem, to zamiast Super Linnę sprzedać, szyłam jej ubranko przez miesiąc... Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że lalka podróbka będzie najbardziej wychuchana panną  w moim zbiorze, to chyba bym tę osobę wyśmiała! Ale dziś już wiem... że nie znam dnia ani godziny, kiedy pojawi się na mojej kolekcjonerskiej drodze następny egzemplarz "którego nie zbieram" a wtedy ja zamiast oddać, wyrzucić, sprzedać - przygarnę, naprawię, pokocham.... ;-)
W następnym wpisie przedstawię Wam kolejną lalkową istotkę, którą zatrzymałam wbrew zasadom, zamykając tym samym cykl pt. Wielkiej Paka.
Pozdrawiam serdecznie
N.